. .                                         
                                                                 

Tęsknoty leworęczne.
Chyląc się z natury swojej bardziej ku prawej półkuli, zdaję sobie sprawę, jak to jest tęsknić za tą lewą...

Wspomnienie liczby nostalgicznie pobrzmiewa mi w głowie nie wtedy, gdy dzielę rachunek za prąd na trzy, nie kiedy próbuję oszacować czy starczy czy nie starczy, nie. Od spraw matematycznych mam kalkurator. Jest niezawodny, pamięta za mnie tabliczkę mnożenia, wie co z tym zerem przy mnożeniu czy dzieleniu. Nie, nie. Sprawa wydaje się być szczególnie dotkliwa, gdy rozgrywa się w kwestii logiki, plusy minusy i co z tego wynika. Przy dwóch zmiennych poradzić sobie potrafię, kwestia wyboru, strzału, ochoty. Zapętla się wzwyż, gdy pojawia się niezliczona ilość wartości dodatnich i ujemnych, każda żadnej nierówna. Co zrobić, gdy plusy, choć więcej, wartość mają nieznaczną, gdy nieliczne minusy stanowią jednak ciężkiego przeciwnika? Mogłabym policzyć. plus plus to plus, plus minus to minus, minus minus znów na plus. Ale wyczuwam, że to nie tak, że to nie rozwiązuje problemu, że pod taką logiką skrywa się jeszcze jedna, bardziej znacząca i bardziej zagmatwana!

Głowię się od tylu lat, co z tą linią, geometrią, konstelacjami gwiezdnymi, horoskopowymi. Rozwiązanie jest proste. Spróbuj.

2011-02-09 ~ 19:38:24 skomentuj (0)
żona Ura
Ur był wieczny. Żył od zawsze, widział wszystko i wiedział o wszystkim, co teraz i co potem. Był prarzeczą, praprzyczyną, pragnieniem. Był czasem, klepsydrą zbierającą chwile, zegarem.

Ja, żona Ura też wiem o wszystkim. Zawieram w sobie pamięć o przeszłości, jestem nią w chwili obecnej. Zakorzeniona. Jestem żoną Ura, pana nieba, ojca tego, co jest. Przepływa przeze mnie Tygrysem, przepływa Eufratem wspomnienie o tym, czego już nie ma.

Takt zaginął. Nie ma taktu w pociągu, nie ma go przez telefon. Nie pamiętają o nim, za nic mają Ura, jego miasto i królestwo. Jestem żoną Ura, urażoną...


2010-03-23 ~ 23:46:54 skomentuj (0)
2009
Potem już było z górki. Majowo w raju, choć inaczej - balkonowo. Pojedyncze hopsa-sa. Maj był matematyczny. Sprawdzanie wytrzymałości sąsiadów na hałas, pojemności balkonu, szerokości łóżka. I włamanie! A może to był jeszcze kwiecień? W tym momencie żegnam się ze spodniami, witajcie spódniczki! Trwa to do grudnia, i jeszcze dalej...

Czerwiec zium, jak strzała.

Lipcowo obozowo, im mniej tym lepiej. Ostatni dzień na Jackowskiego. Ostatnia noc na Jackowskiego.

Sierpień ukraiński. Wrzesień waleczny. Październik, listopad, grudzień... Lenię się na Dąbrowskiego. Że się uczyłam poznaje się po paznokciach. Odwiedziny, kawki, ciasta. Połowinki. Cały grudzień piekę pierniki. Roma. Każdego dnia odkrywam szczegóły, w których tak bardzo przypominam Mamę. Dwa razy przekonuję się, że Pan nie robi, co mówi. Plotki, ploteczki. Teatry, kina, opery. Łacina, my love!
~*~
Według wyliczeń Alicja znajduje Krainę Czarów w styczniu 2010. Alicja schodzi z tonu, nie zadziera nosa, a chowa go w książach i notatkach. Pilnuje dzwoneczka, niech byle kto go nie psuje. Zimowe bałwany na przykład. Bo taki Fakir powiedzmy jest już zupełnie inną historią...

2009-12-26 ~ 00:31:23 skomentuj (0)
żegnaj z kwietniem.
Zadziwia ten rok. Z każdym miesiącem żegnamy się na nowo. Miesiąc kiełkuje mi powoli z początku, koło dziesiątego wybucha intensywnością, by znów, uspokojony, dokonać żywota wraz z trzydziestym.

Styczniowo było nowo. Było raczkowanie, wielki bałagan i nowe kolory. Horoskop środowy się sprawdził.

Lutowe nudy przeminęły szybciutko. Wszystko, byle by nie to, co należy, nie to, czego by się oczekiwało. Wymyślanie, uciekanie, marznięcie. i Ave Satan na stoku. Fikołek na Podkoziołek. Znika mi poniedziałkowe okienko kawowe. Rządzę z W. na Grochowie, teatr troche spóźniony. Nieznośna telegazeta. Na Raszynie zaczyna się zielenić.

Marzec miał być zielony. Może raz czy dwa coś pufało. Marzec kulturalny. Niekończący się weekend. Zawsze zbyt mało, zawsze zbyt krótko. Pani na Jackowskiego.

Kwietniowy lowy miał się zakończyć naklejką na legitymacji. Nie wyszło. Kwietniowy balkon był, wiosna Vivaldiego i Grechuta, ach to ty. Alicja i Łobuz. Balkonowe lenistwo i spanie raz po raz do siedemnastej. Mało mnie gdziekolwiek. i te butelki wszędzie... Szefuję w kuchni. Czasem niedobra, czasem dobra. Zagęszczenie plotkarstwa. Nie tracę głowy. Dzwoneczek zesputy.

Maju raju?


2009-05-01 ~ 13:32:36 skomentuj (1)
luty majowy, lowy lowy

Ziemia oszalała. Śmiga z zawrotną prędkością, ucieka mi spod nóg, wyślizguje się. Zupełnie, jak gdyby pokryta była warstwą śniegu. Wstawanie idzie coraz szybciej. Im dłużej to ćwiczę, tym sprawniej mi to wychodzi. Ot, siup, otrzepać się ze śniegu i jadę dalej. Każdy upadek staje się coraz mniej ważny, mniej bolesny, mniej refleksyjny.

A jednak, kółko się kręci. Coraz szybciej. Odczuwam maje w zimie i kończące się w lutym depresje jesienne.
Robi się też cieplej. Temperatura skacze nieprzewidywalnie, dziś zimno, jutro upał. Styczniowe gorąco mija szybciutko, lute zawieje wdzierają się między szalik, pod czapkę.

Nowe górki mają śnieg ubity, zmrożony. Albo zjadę na dupie z niej i porządnie sobie ją obiję, albo nie wlezę wcale tam.
Po moim pakcie z diabłem wiem jednak, że istnieje wyjście trzecie. Z góry na dół, dziki wariat, gnam do przodu, nie zatrzymuj mnie. Zawsze się udaje!

A jak się skończy ten okropny luty, będzie zielono! A co!



2009-02-10 ~ 16:46:02 skomentuj (0)
Najbardziej bolą mnie liczby.
Boli mnie w autobusie 63. I liczba 74. Boli mnie moje 22 i 0 w kieszeni.
34 nie moje miliony. 50 minut lub 3 godziny do raju. 3 dodatkowe wrześnie w moim kalendarzu.
Tysiąc, którego brakuje. Nie mówiąc o drugim, którym się nie przejmuję juź.
Pierwszy rząd zamiast kolan. Każdorazowe siedem minut, których nie powinno być.
Jakieś pięć lat. Dwa zbędne telefony.
Dziewięć miesięcy. Gdybym wiedziała, że to tak szybko, postarałabym się.
Byłabyś ze mną, tańczyła, cieszyła.
Boli mnie każda godzina, kiedy mnie z Tobą nie było, choć to tylko 10 minut autobusem. 
I to 20 lat, kiedy rósł. To tyle, co Grzegorz.

2008-08-03 ~ 15:48:06 skomentuj (1)
Zimowo mi dobrze.
Pokasłując, pociągając nosem, szukając kolejnej chusteczki wiem, że masz rację. 
Wiosny w marcu nie będzie. Nawet gdyby już zapomnieć o zimie, spalić z marzanną dobrych kilka lat, 
wymieść śnieg z balkonu, schować rękawiczki i czapki, głośno puścić mru-mru i podlewać kwiaty, wróci.
Nabrudzi trochę buciorami, ale wybaczę, rozpali przecież w kominku.
Do lata czekać można naprawdę całą wieczność, a i może się przecież okazać... 
Nie okaże się.

2008-03-22 ~ 17:24:41 skomentuj (5)
'Byłam niegrzeczną dziewczynką!'
To nie może być kwestią przypadku, wydaje mi się, że jest też niezależne od naszej woli. Tobie sypnęło piachem w oczy, mi dostało się trochę okruchów złota. Traf chce, że gdy najbardziej potrzebuję porządnego klapsa na dupę, dostaję wyrozumiałość i cierpliwość. W oku mam złotą drobinę, kiedy patrzę ci prosto w oczy - widzisz ją, drugą trzymam pod językiem - słyszysz, gdy mówię. To ich sprawka. 

Mogłabym się zaprzyjaźnić. Patrzę w studnię i widzę swoje odbicie. Rozumiem, rozumiem ten gest, i naprawdę, naprawdę mi przykro, że tak cię zawodzę... 

2008-01-21 ~ 22:35:58 skomentuj (1)
Postanowienia 2008
- No, już jest zdrowy.
- Ale czy na pewno będzie dobrze? To dla koleżanki... - staruszka była zatroskana.

On pochylał się nad innym zegarkiem. Spora maszynka do sprawdzania przyspieszeń i opóźnień, zegarki kieszonkowe, malutkie śrubokręty, w wejściu wielka stojąca skrzynia zegara, na ścianie cechowe odznaczenia i dyplomy. Pan doktor od spraw spowalniania czasu, przyspieszania minut, skórzanych pasków i badania nadgarstków. Skupiony, precyzyjny.

Porzucam skrzypka, fotografa i lutnika z zeszłego roku. W roku 2008 szukam zegarmistrza.

2008-01-02 ~ 18:41:24 skomentuj (2)
na jesienne dni
szukam korespondenta.

2007-11-20 ~ 22:13:01 skomentuj (3)
Le Goff byłby ze mnie dumny!
Jestem człowiekiem średniowiecza. Ba, nawet wcześniejszych sporo czasów Tertuliana. Doznaję wizji w zimnym kościele za sprawą kadzideł, dymu kreślącego w marznącym powietrzu kształtów 'antropomorficznej personifikacji'(;)).
Dostrzegam w odbiciu szyby znaki. Idzie na burzę. Tylko jakiś komin w strużce światła wydaje się nieprzygotowany do ulewy. W odbiciu widzę małe ogniki, fruwające dookoła świecącego komina. Układają się w litery, słowo po słowie, zdanie po zdaniu wiem, że jest to moment ważny. Cud zapowiadało zstąpienie kolorów, magiczne rozszczepienie światła. Widzę literki M. M jak marność, jak magister, Majonez (świeć panie nad jego rybią łuską!), jak sama majuskuła M, jak magia, melancholia, mru mru, jak maślaki na grzybową morową, jak mistrz, ministrant, jak muzyka, mgła i muzeum. Jak dwa największe M, których nie ma. Cały świat zamyka mi się w jedno zdanie, w jedną literkę. Jestem człowiekiem wczesnego średniowiecza.


2007-11-04 ~ 16:05:53 skomentuj (2)
chińska wróżba
Kuś los.
Nie mów, że czegoś się nie da, bo wszystko jest możliwe.
Rzucaj kamyki, stawiaj pasjanse, czytaj z fusów kawy i papierosowego popiołu, z rozsypanego cukru i kształtu paznokcia. I nie wierz w magię. Magia nie istnieje.
Obserwuj lot samolotów, chwytaj ich cienie na budynkach.
Śpij, ile dusza zapragnie!
Odbierz jutro prawo jazdy.
Jeśli nie jesteś stworzona do roli indiańskiego wojownika, nie przejmuj się. Jesteś idealną księżniczką.
Śmiej się, gdy coś naprawdę cię śmieszy. Masz poczucie humoru, nieco bardziej wyrafinowane...
Idź wreszcie do kina na te Sztuczki!
Oddaj książki do biblioteki.
Teraz już możesz śpiewać z całych sił 'ach mój miły Augustynie, wszystko minie, minie, minie...'.
Nie musisz wszystkiego rozumieć. Mów "nie rozumiem".
Sprzedaj duszę diabłu i rzuć w czorty kościelnego!
Załóż to konto i nie wydawaj już więcej SWOICH pieniędzy na byle co.
Bądź odważna. Bądź pokorna.
Mów, mów, mów! Gadaj, kiedy tylko masz ochotę!
Czaruj.
Przeczytaj Le Goffa.
Ostatnie minuty są najważniejsze. Nie ignoruj ich, tylko wykorzystaj ze zdwojoną siłą. Zaoszczędzony czas przeznacz na sen.
Licz tylko na siebie. Nawet w najprostszych sprawach inni zawodą...
I jeszcze raz. Godzina, dzień, tydzień potrafią zdziałać cuda. Jeśli nie masz na coś czasu, po prostu odłóż to na ostatnią godzinę, dzień, tydzień. Dasz radę. Zawsze dajesz radę.
Odwróć proporcje. Im więcej się daje, tym mniej dostajesz. Nie dawaj tyle.
Czytaj, ile wlezie.
Zakochaj się.
Kawy?
Załatw tę książeczkę zdrowia.

I sprawdzaj, cały czas sprawdzaj, ile jeszcze podaruje ci los!


2007-10-30 ~ 21:05:48 skomentuj (3)
z cyklu: Bunia w kuchni
Genialna zupa grzybowa

* około kilograma (pod)grzybków leśnych
* 8 szklanek bulionu/wywaru warzywnego/wody z kostką rosołową
* dwie średnie cebule
* szklanka śmietany (nie kremówka, wystarczy 18%)
* masło
* łyżeczka mąki
* łyżka soku z cytryny
* pieprz (chroń nas Boże od tego białego, paskudztwo...), sól

Grzybki wyczyścić z igliwia, ślimaczków, robaczków (ja tam ich nie myłam...), pokroić na cienkie plasterki (nie starać się! i tak je zmielimy potem), wrzucić do rozgrzanego rondla o grubym dnie. Jeśli się da, to smażyć bez masła, jeśli przywiera i przypala się, dodać tyle masła, by pozbyć się problemu. Ma pachnieć lasem, ma być ciemnobrązowo, dość sucho (bez soku, jeśli puściły, to odparować), grzybowo w całym domu. Pokroić drobniutko cebule, dodać do grzybków i trochę masła jeszcze. Cebulka się zrumieni, grzybki dojdą do siebie. Podlać bulionem/wywarem, wymieszać, gotować koło dziesięciu minut. W tym czasie ubić śmietanę (18% się nie da, co najwyżej lekko ją wzburzyć. chyba że się wzięło kremówkę, to już co innego) z łyżką soku z cytryny, dodać mąkę, rozetrzeć grudki i dolać do zupy. Doprowadzić do wrzenia, po czym gotować jeszcze jakieś 5 minut na małym ogniu. Na końcu doprawić. Niech będzie dużo pieprzu! Gdy zupa jest gotowa, zmielić grzyby i cebulę. Są dwa sposoby: 1. tym przyrządem do mielenia zup. 2. zwykłym robotem kuchennym. Jeśli wybiera się opcję drugą, trzeba pamiętać, że gorąca zupa + grzybki w mikserze lubią wybuchać. Plotki nie potwierdzone, acz Mama przestrzegała mnie przed tym. W wersji drugiej odcedzić zupę od nie-zupy i zmiksować same grzyby.

Tacie brakowało kluseczek...

2007-10-01 ~ 16:05:09 skomentuj (1)
sto lat!
Klucha kończy rok, ja nie wiem, czy go skończę.
Klucha ma balony, ja ich nigdy nie miałam na imprezkach urodzinowych...
Klucha waży dobre 25 kilo, ja w jej wieku o wiele mniej ważyłam.
Ja jestem Pierwszym dzieckiem, Klucha najwidoczniej Trzecim...
telewizor, w którym tańczę...

2007-09-23 ~ 19:55:40 skomentuj (6)
Jesienne królestwo.
Słyszałam, że mieszkańcy pewnego kraju nadają imię każdemu z liści, jaki spadnie im na ramię. Każde z nich jest jedyne w swoim rodzaju, dyktowane chwilą, nie znajdziesz przecież dwóch identycznych liści...

Muszą mieć ogromną przestrzeń w wyobraźni, by magazynować te wszystkie imiona, inaczej z pewnością kiedyś jedno z nich by się powtórzyło. Muszą być doskonałymi słuchaczami, nietaktem jest w owym kraju używanie imienia wypowiedzianego już przez kogoś innego w naszej obecności. Muszą mieć piękne, ogromne oczy, przecież jesienią tylko takie się ma. Podsłuchałam, jak jeden z nich opowiadał, że zanim listek spadnie na ziemię, on mruży oczy. Nie widzi go wtedy, a przecież, "czego się nie widzi tego nie ma". Z początku odnosiłam się nieufnie do tego człowieka, ucieka od powinności, chowa się przed nieuniknionym, ale po chwili zrozumiałam. Każdy płatek wyobraźni jest dla niego skarbem, który chce ochronić przed zmarnowaniem.

Nie patrzę, choć wiem, co się dzieje za moimi zamkniętymi oczami.

Liczyłeś już, ile Tobie liści usiadło na rękawie płaszcza?

2007-09-17 ~ 23:11:23 skomentuj (0)
Ćmy w czasie leżenia
W nocy zmagam się z ćmami, wielkimi jak stopa ptakami nocy. Nie usnę, póki ich nie wyrzucę, czarnoskrzydłych anarchistek. Co noc próbują przejąć mój pokój na własość, zamienić go w swój robaczy squat. Głośno trzepoczą skrzydłami. Boję się ich. Podobno, gdy śnię, wysysają żywiczne soki marzeń sennych, wplątują się we włosy i składają jajka. Białe drobinki na marynarkach smutnych mężczyzn, kruszący się pyłek, nie są łupieżem... i oni, męczeni nocnymi nalotami, nie przespali wielu nocy biegając o nieistniejącej w moim zegarku godzinie z miotłą i laczkiem. Wszystkie chwyty dozwolone.

Leżę i nasłuchuję, czy już usnęły. W miarę spokojna zasypiam modląc się, by mi nie pożarły snu, w którym Bóg objawia mi Odpowiedź, rozwiązanie zagadki linii, geometrycznego zadania, nad którym głowię się od lat... Może to już dziś?

2007-06-11 ~ 21:14:25 skomentuj (6)
Ciastko Idealne.
jest okrągłe, chrupiące, owsiane i z czekoladą. A właściwie to dwa ciastka.
~~~
Przepisu szuka się godzinę.

Pierwsza ręka robi herbatniki migdałowo czekoladowe (ja bym to nazwała ciastka owsiane w skrócie):
* pół kostki masła
* pół szklanki cukru
* dziesięć dag mąki
* proszek do pieczenia
* szczypta soli
* dziesięć dag płatków owsianych (idealne jest Musli: płatki kukurydziane, owsiane, pestki słonecznika, rodzynki, siemię lniane,...)
* trochę płatków migdałów
* czeko czeko czekolada! łaciata akurat
* jajo

Druga ręka robi ciasteczka z kawałkami czekolady:
* trzy czwarte kostki masła
* szklanka cukru brązowego (albo trochę mniej...)
* trochę miodu (powiedzmy łyżka)
* jajo
* dwie szklanki mąki
* proszek do pieczenia
* szczypta soli
* czeko czeko (tym razem czarna, gorzka)

wykonanie na dwie ręce:
Jedną ręką rozpuścić masło z cukrem w garnuszku, drugą zmiksować miękkie masło z cukrem. Pierwsza miesza w garnku, druga dodaje jajo, a jak już będzie ładne - miód. Obie ręce siekają obie czekolady (tasakiem, młotkiem, wałkiem - byle by na drobne kawałeczki).Pierwsza miesza w misce mąkę z proszkiem do pieczenia, solą, musli i kawałkami czekolady, druga dodaje swoją mąkę z proszkiem do pieczenia, solą i czekoladą do tej ładnej masy z miodem. Pierwsza robi kuleczki z ciasta i druga robi kuleczki z ciasta. Obie spłaszczają kuleczki i kładą na blasze (naturalnie blach bedzie więcej niż jedna!). Obie ręce uważają, żeby odstępy między spłaszczonymi kulkami były duuuże, bo ciacha lubia się rozjeżdżać do im samym wiadomej (a przede wszystkim wygodnej!) wielkości.Dwadzieścia owsianych spłaszczonych kulek to max. Pierwsza ręka piecze swoje ciastka piętnaście minut w stu sześćdziesięciu stopniach, druga dziesięć do dwanaście minut w stu osiemdziesięciu stopniach. Proponuję kompromis i sto siedemdziesiąt, niech mają radochę i siedzą razem w piecu!

Jak ostygną, pierwsza ręka zjada kruche, owsiane, pachnące 'herbatniki', druga miękkie, puszyste pieguski.
~~~
Ciastka Idealnego (zarówno pierwszego jak i drugiego) nie zostawia się na dwadzieścia minut na talerzyku samemu i nie idzie się na balkon (naturalnie słuchać koncertu garażowej kapeli ze strychu...) pić herbatkę...


2007-05-09 ~ 22:06:14 skomentuj (1)
Giddens też nie jest pewny.
Pod łóżkiem naprawdę żyją potwory. Kiedy tylko jest dobrze, wyłażą i sypią piachem po oczach. Zasypia się wtedy snem kamiennym, bez obrazów i kolorów. Potem kopią kamloty, robią hałas i zamieszanie, budzę się wystraszona, a one sapią mi pod łóżkiem zmęczone. A kiedy już im się psocenie znudzi, usypianie i budzenie mnie na zmianę, angażują inne stworzenia. Różowy jęzor psa, mrówcze stópki, musze skrzydła, pajęcze nici...

Rano wstaję zła. Podobno to podczas snu tworzymy stukturę biografii, znajdujemy język, by za dnia opowiadać o sobie. Jedne wspomnienia zapisują się na długo w snach, podczas gdy z innych jesteśmy wybudzani, strachy spod łóżka zagarniają je dla siebie, zjadają mlaszcząc i siorbiąc.

Wstając dziś rano miałam prawo jazdy w kieszeni, miałam psa, który napadł grubą zakonnicę i miałam c... ...różowy jęzor mnie wybudził.

2007-05-05 ~ 17:04:41 skomentuj (0)
rozmówki ze świata (psiogórskiego)
smutne, kirgistański:
pani J: Nadia naprawdę cię lubi, bardzo
pan O: bo ja toże sabaćka
pani J: ale jaka tam sabaćka, ćeławiek!
pan O: niet, ja sabaćka...

odkrywcze:
dziecko N: można pogłaskać?
pani A: tak
dziecko N: a jak ma na imię?
pani A: Nadia
dziecko N: o, to tak jak ja! mamo, ten pies to też Nadia!:D a wie pani co to znaczy?
mama N: Nadia to imię indyjskie, znaczy "kropla rosy na płatkach kwiatów"
~~~
tak, żeby nie było pusto.


2007-05-02 ~ 22:21:24 skomentuj (2)
Napisy końcowe
Tyle nut, tyle słów
Tyle słów, tak mało sensu
w sumie
nie ma tu mnie wcale, nie ma
tu mnie wcale, nie

Tyle snów, tyle snów
Tyle snów mam na sumieniu
Według nich osądzą mnie

(tyle szumu, tyle krzyku)
(czego ona jeszcze chce)
(tyle szumu, tyle krzyku)
wokół mnie

A ja chciałam tylko filmu
Ja chciałam tylko filmu
z tobą
w roli
mnie

Nie ma tu mnie wcale
Nie ma tu mnie wcale, nie


Gabrysia Kulka


2007-04-25 ~ 20:50:35 skomentuj (1)
18.04
jakby nigdy nic żartujemy, pijemy...

2007-04-18 ~ 17:23:31 skomentuj (1)
to nie był film
Powiedział może byśmy tak kiedyś, może dzisiaj powiedział
Tak, zróbmy to tak, by nikt nie widział
Może w parku, pod lasem, na torach, przy garażach,
Tam gdzie zawsze jest ciemno i gdzie prawie nikt nie chodzi
Nie będziemy wybierać
, powiedział, ten kto pierwszy
Niczym ostrze losu, pierwszy który się trafi
Tylko pamiętaj bez hałasu, bez zbędnych emocji
Poczuj w sobie siłe i rób tak, żeby zabić


Urodzeni mordercy Kalifornia, Siedem, Harry Engel,
Pulp Fiction, Eraser i Freddy
Codziennie filmy były dla nas jak biblia
Te same sceny, nawet w snach je widzę
Widzę w snach wciąż to samo, ciągle boję się zasnąć
Tamten leży we krwi a mnie robi sie słabo
Powiedział patrz jak pięknie, prawie tak jak w filmach
Zapamietaj to, pamiętam, prawie tak jak w filmach

To nie był film, to nie był film

Pamiętam mówił, ach chciałbym sobie postrzelać
Wiesz, do dziewczyn na ulicy, w biały dzień, teraz
Nie do zwykłych dziewczyn, ale do tych najpiękniejszych
Chciałbym patrzeć im w oczy jak marnieją i wiedną

Mowił, ciekawe jak to jest tak na prawdę zabić
W rękach trzymać przeznaczenie, jego panem być
Wiesz, chciałbym, możebyśmy tak kiedyś na ulicy
W jakimś ciemnym miejscu tak by nikt nie widział


Pamiętam, mowił zapamiętaj, nie potrafię zapomnieć
Wyrazu oczu, strachu, potem krwi na dłoniach
Krew była wszędzie wokół, pamiętam to dobrze
Płyneła niczym rzeka z potrzaskanej głowy
Krew pulsowała w skroniach, rozsadzała czaszkę
Ręce drżały, nie wiem z podniecenia czy ze strachu
Pamiętam on sie śmiał, mówił coś o filmach
Zapamiętaj to, pamiętam, prawie tak jak w filmach

Ale to nie byl film...

2007-04-08 ~ 23:12:09 skomentuj (4)
ocalić od zapomnienia...
Chciałabym to zachować na zawsze. Uczucie, kiedy się wraca wieczorem. Dźwięk klucza w zamku. Skrzypienie drzwi. Ten zapach, kiedy się pali w piecu. Dziwne cienie na ścianie. Czas, kiedy nikogo nie ma, kiedy pali się papierosa przy otwartym skrzydle balkonu, z kieliszkiem, z muzyką. Kawałek Nieba, który tak chętnie kiedyś wydzielałam. Te drące się koty, Wielki Wóz na głowie, moje niby-jezioro wieczorne. Te wszystkie widoki, dźwięki, zapachy, faktury...

Chciałabym móc zapamiętać jak najdokładniej. Kolejność książek na półce, miejsce w którym stoi budzik (który potrafi, ale za głośno...), po kolei płyty, obrazki na piecu, położenie stołu i krzeseł, mało ważne przedmioty, szpulki nitek (nawet i one idealnie pasują do artystycznej koncepcji - by. Ocha;) ). Cały mój wow-pokój. Wow-balkon, wow-korytarz, wow-podwórko.

Rozkażę, jak król z pierwszego wykładu, wyrysować mapę moje królestwa. I nie zadowolą mnie skale, pomniejszenia, umowne symbole. Mapa ma być dokładnie taka jak mój pokój, ma oddawać jego klimat, ma nim pachnieć, nim smakować, ma się miescić w tym samym miejscu. Ma nim być.

Jakże mi niewymownie smutno...

2007-03-28 ~ 19:51:24 skomentuj (6)
***
such a snowy time

2007-03-22 ~ 10:25:20 skomentuj (0)
Wesoły kapelusz
Swoje ciało umieszczam w sukience,
Wkładam nogi, piersi i ręce,
ale głowę zostawiam na stole,
bo bez głowy na miasto iść wolę.
Nikt nie będzie wiedział, kim jestem. Tylko suknia mnie zdradzi szelestem.
Więc założę na szyję kapelusz.
Po nim poznasz mnie dziś, przyjacielu.
To dla ciebie ubieram się modnie:
nie w biustonosz, rajtuzy i spodnie.
To dla Ciebie pomysły nowe.
To dla Ciebie straciłam głowę.



2007-03-20 ~ 13:17:01 skomentuj (1)
do niedzieli jakoś
Kpię sobie z tego. Gwiżdżę na łacińskie słówka, których nie rozumiem. Macham ręką na wielkie teorie. Obracam się na pięcie, kiedy zaczynasz do mnie mówić. Wielki Wóz stanął dziś na głowie, jakby chciał wejść w słownik moich symboli. Nie,nie Panie Księżycu, nie widzę Cię z mojego balkonu.

A czego nie widzę tego nie ma... Nie ma Cię.

2007-03-12 ~ 21:34:03 skomentuj (0)
zupełnie jak...
Marzy mi się czarny, puchaty kot, który by tak mruczał i tak patrzył...

~~~
siwe z dymu balejaże


2007-03-11 ~ 22:39:07 skomentuj (2)
jakby Ocha nie miała co na obiad...
potrzebne:
* makaron (razowy, spagetti)
* ryba
* pomidorki
* papryka
* cebula
* mleko (!)
* sól, pieprz, zioła prowansalskie

potem:
Makaron zalać wodą, posolić i do pieca w 200 st. (i tak się grzeje, gaz oszczędzamy). Rybę rozmrozić (ale to koniecznie), posolić, doprawić. Mleko podsmażyć na patelni (pamiętasz jak robiłyśmy grzyby w 'śmietanie' w Wojnówku? to tak to mleko...), powinno trochę zgęstnieć. Wlać do ryby. Podsmażyć cebulę, pomidory (bez skórki), paprykę, wszystko drobniuchno pokrojone i do ryby siup! Ryba do pieca. Tak długo, aż się makaron ugotuje trzymać wszystko w tym piecu.

ps.:
~ wszystko kupujemy świeżo i w miłej atmosferze w P&P
~ mleko to nie ściema, wychodzi, choć lepszym i łatwiejszym pomysłem byłaby śmietana
~ moja ryba to był morszczuk
~~~
czekam na reważ na czarnej;)

2007-03-01 ~ 23:24:38 skomentuj (1)
po ciemku
na życzenie;)

'Sałatka za 300 zł'

potrzebne:
* sałata (lodowa, rucola - rucola jest ważna!) ~ 10zł
* papryka czerwona ~ 3 zł
* pomidor ~ 1 zł
* cebula (nie bybylacza! świeża i malutka) ~ 0,25 zł
* orzechy włoskie ~ 5 zł
* szynka parmeńska (albo jakiś tani substytut) ~ 70-300 zł/kg (nam wystarczy kilka cienkich plasterków, na szczęście)
* ocet winny z białych winogron (ten z czerwonych trochę nie teges), oliwa z pestek winogron (ta z oliwek ma za intensywny smak, a nie chcemy by Królowa była zła), przyprawy: papryka słodka, cukier, sól, pieprz, oregano ~ wbrew pozorom też trochę to kosztuje...

jak zrobić:
Sałaty podrzeć, pomidory w kostkę, paprykę w paski, cebulę w piórka, Jej Wysokość Szynkę ostrożnie na kawałki. Sos vinegret: trochę więcej oliwy niż octu, przypraw do smaku, wedle gustu.

W sałatce najważniejsze są:
* orzechy i rucola - układ idealny
* szynka - z szacunkiem, w końcu swoje kosztowała...
* sos - nie za kwaśny, ale i nie za 'oleisty'. ćwicz, zanim przyjdzie ci stanąć przed Jej Majestatem i całą świtą.

2007-02-13 ~ 16:19:00 skomentuj (1)
Najsmutniejsze
jest to, że muszę tej dziewczynce odpowiedzieć "tak". Chociaż mnie to nie wzbogaci, papier nie będzie lepszej jakości, a pomieszczenie czyste. Robię to za nic, z siebie, dla ciebie, jedynie dla iskierek w twoich oczkach.

A ona się pyta, ile kosztuje bycie zuchem...



2007-02-06 ~ 20:49:04 skomentuj (14)



~ design by kropek ~




. . . . .







       
.












        



  



  







  



  



  



  







  



 



  



   







   



   



   



   



   



   



   



   



       



       



   



       



    



    



    



      



 




    


        



        



      



      



      



      



      


     


   


   



     


  


   .


   .



     .



   .



      .



.



     .



  .



.





      .



  .



     .



     .



         .



     .



.



  .



  .



         .